niedziela, 15 października 2017

Uciekający Pan Młody - Rozdział 5

                                     5.    Gabriel




JA: Użyczysz mi swojego wzroku?
JAKE: Oślepłeś?!?! Gabie, jak teraz będziesz ludziom zszywał jelita?
JA: Nie. Z moimi oczami wszystko ok, ale muszę kupić sobie garnitur.
JAKE: A więc chcesz mnie wykorzystać??? Jesteś okrutny.
JA: Nic na to nie poradzę. Chirurdzy to podobno dranie bez serca. Miałem z tego nawet praktyki.
JAKE: I to jest przydatna w życiu umiejętność, a nie jakieś tak sinusy… Ej, czy twa najdroższa wspominała, co będzie na klasówce?
JA: To zależy. Wiesz, pamięć już nie ta.
JAKE: Czego chcesz?
JA: Pójdziesz ze mną po garnitur.
JAKE: I tak bym poszedł. Nie pozwolę ci wystąpić w twoich codziennych łachach na ślubie mojej ukochanej nauczycielki.
JA: Ja też biorę ślub -_-
JAKE: To szczegół… No to jakie będą te pytania?
JA: Nie wiem nic konkretnego, ale mówiła coś o tym, że ma to być kalka z powtórzenia.
JAKE: Yaaas! Kocham cię, Gabie!

-Piszesz z Jake’em? – spytała Anne.
-Skąd ten pomysł?
-Zawsze się uśmiechasz, gdy esemesujecie – odparła. – To miłe, że tak dobrze się dogadujecie. No i Jake’owi przyda się przyjaciel.
Jake miał już swoich przyjaciół. O wiele gorsze było to, że to ja potrzebowałem Jake’a. Od kiedy wyszedł ze szpitala minął miesiąc, a ja naprawdę się do dzieciaka przywiązałem – on sam zresztą za mną biegał. Prosił o pomoc z biologią, chciał, żebym woził go w miejsca, gdzie robił kolejne zdjęcia, a czasem dzwonił w środku nocy… Zazwyczaj był wtedy wystraszony, upierał się nie pójdzie więcej do szkoły. Ludzie tam go przerażali, odbierali mu radość z tych młodzieńczych lat i to mnie przypadła rola jego powiernika. Przekonywałem go o tym, by walczył o swoje marzenia, a czasem wręcz zmuszałem, by pojechał do szkoły.
Przez ten czas zdążyłem go poznać, polubić i uzależnić od niego. Ilekroć mnie dotykał, moje ciało napinało się, a na skórze pojawiała się gęsia skórka. Moje serce biło szybciej. Nie mogłem doczekać się kolejnych takich momentów – kolejnych dotknięć, telefonów, przejażdżek… Wiedziałem, że to szło w złym kierunku, a mimo to brnąłem dalej.
-Pomoże mi z garniturem. Ma lepszy gust niż ja – powiedziałem.
-Każdy ma lepszy gust.
-Też racja – zgodziłem się. – A ty jakie masz plany na dziś?
-Nic nadzwyczajnego. Muszę zmusić moich niesfornych braci do kupna przyzwoitego stroju. Wiesz jak to z nimi jest.
Wiedziałem aż za dobrze. Byli dwojgiem dorosłych facetów z IQ ameby, działali pod wpływem emocji i niestety byli cholerykami. Łatwo było ich zdenerwować i jeszcze łatwiej oberwać – oboje mieli wyroki w zawieszeniu za pobicie. To ostatnie osoby, które zmuszałbym do porzucania ich wygodnych dresów i ubierania fraków – na całe szczęścia młodsza siostra była dla nich świętością, więc dla niej poszliby nawet w sukienkach. Pewnie by jeszcze zapytali jaki kolor szpilek mają do nich ubrać.
Ja za samą sugestię oberwałbym w mordę.
Przez to wszystko czułem, że wesele będzie naprawdę ciekawe.

Wybór garnituru poszedł dość szybko – i to dzięki Jake’owi, który nie dał sobie wcisnąć kitu sprzedawców i doskonale wiedział czego szukamy. Miał w oczach miarkę, więc oszczędziliśmy czasu na upewnianiu się, że XL to naprawdę XL, a nie ktoś stroi sobie żarty i tak naprawdę chciał, żebym spędził kwadrans wciskając się w za małe spodnie, bo tak naprawdę to M. Na samym końcu swych zakupowych cudów wyczarował mi zniżkę i zadowolony z siebie oznajmił, że wykonał kawał dobrej roboty.
-W nagrodę oczekuję kolacji w jakieś super restauracji – oznajmił.
-Nie stać mnie na to, ale możemy zamówić pizzę i kupić wino.
Nie oponował, a ja nie mogłem powstrzymać ekscytacji na myśl o wspólnym wieczorze. Jake miał w sobie coś takiego, że sprawiał, że zawsze czułem się przy nim swobodnie. Zazwyczaj krępowałem się przy innych – nawet przy Anne – ale przy nim czułem się rozluźniony i zadowolony z życia.
-Pizza też brzmi okej, a nawet lepiej. Kawiorem objem się na twoim weselu.
-Skąd pomysł, że będzie tam kawior? – zdziwiłem się.
-Słyszałem jak Anne chciała to wybić z głowy twojej mamie, ale mocno jej nie wyszło.
Wywróciłem oczami.
-Może w ogóle nie powinienem się zjawiać na tym ślubie? Tak, żeby pokrzyżować tej babie szyki.
-Naprawdę nie lubisz swojej mamy, co?
-Pałam do niej głęboką niechęcią – przyznałem i otworzyłem drzwi mojego auta. Wpakowaliśmy się do środka.
-Ale dlaczego? Jest nadgorliwa, ale wydaje się miła.
-Możliwe, że przez tę nadgorliwość…
-Ja sobie nie wyobrażam tego, że mógłbym nie mieć z mamą dobrych relacji. Przez to, że tata od nas odszedł, to nie mam nikogo poza nią.
-Kiedy odszedł twój ojciec? – spytałem, wjeżdżając na ruchliwą ulicę.
-Kiedy miałem sześć lat. W zasadzie to się z tego cieszę, bo poza kłótniami i strachem nie wniósł niczego do naszego życia. – Jake roześmiał się. – Ten to dopiero dałby mi po dupie za bycie gejem.
-Wiesz, co się z nim teraz dzieje?
-Nie i kompletnie mnie to nie obchodzi. A ty? Jacy są twoi rodzice, poza tym, że mama jest nadgorliwa.
-Sam nie wiem… Nie znam ojca. Odszedł od nas jakiś rok po moich narodzinach, a mama jest jaka jest. Nadgorliwa i kochliwa. Niepoprawna z niej romantyczka, co strasznie mnie denerwuje. Myśli, że miłość to droga usłana różami. Poza tym co chwila przyprowadza do domu nowych facetów.
-Jak co chwila?
-Była dziesięć razy mężatką.
-Wow…
-Przez to mam też liczne rodzeństwo. Jest ich sześcioro. Ten ostatni, Richard, dodał do tej puli jeszcze trójkę swoich dzieci.
-Musieliście mieć wesoło w domu.
-Mnie to irytowało… Nie jestem towarzyskim typem, więc większość czasu się przed nimi chowałem. Jedynie starsze siostry znosiłem, bo pomagały mi się ukrywać.
-Dziwny z ciebie człowiek, Gabie. Taki chłodny i beznamiętny. Pewnie przydaje ci się to w pracy.
-Niekoniecznie. Znaczy, rzeczywiście, racjonalne rozumowanie to bardzo ważna rzecz u chirurga, możliwość odcięcia uczuć, ale w gruncie rzeczy każda operacja jest dla mnie stresująca.
-Dlaczego w ogóle zostałeś chirurgiem?
Wzruszyłem ramionami.
-Chyba po to, żeby móc pomagać ludziom.
-Ale przecież za nimi nie przepadasz – zauważył.
-Możliwe, ale większość czasu spędziłem w szpitalu. Za dziecka naprawdę dużo chorowałem, obserwowałem życie szpitala, lekarzy przy ich pracy, pielęgniarki… To ludzie, którzy wzbudzali mój podziw, więc chciałem się do nich upodobnić.
-Nie wyglądasz na kogoś chorowitego.
-Mój stan w miarę się unormował, gdy poszedłem na studia. Teraz w sumie jestem okazem zdrowia.
Jake uśmiechnął się.
-To dobrze – stwierdził. – Leżenie w szpitalu jest do dupy.
-Nie mogę się nie zgodzić – przyznałem, wbijając wzrok w drogę.

W domu zgodnie z planem zjedliśmy pizzę i wypiliśmy wino (a w zasadzie cały jego zapas). Ja miałem wolne i zasłużyłem sobie, a Jake i tak lubił alkohol – chociaż nie powinienem był mu pozwolić pić, bo nie miał ukończonych dwudziestu jeden lat.
-Gabie – powiedział, opierając czoło o moje ramię. Zerknąłem na niego i uśmiechnąłem się.
-No?
-Mówiłeś, że stresujesz się w pracy.
-Tak – przyznałem.
-Dlaczego?
-Ze strachu, że coś zrobię źle. Przy prostych zabiegach tak tego nie czuć, ale czasem naprawdę jeden mój błąd może zaważyć na ludzkim życiu… Jeszcze na studiach by mnie to nie obeszło, ale lata później, nawet nie z mojej winy na stole operacyjnym zginęła dziewczynka. To ja musiałem powiedzieć o tym jej rodzicom i chyba… Chyba nie ma nic gorszego niż patrzeć na to, że zawiodłeś tych ludzi, że odebrałeś im to co kochali.
-Co dokładnie się stało? – wyprostował się i przyjrzał mi się uważnie.
-No cóż, w mieście był ogromny wypadek. Dwadzieścioro rannych i troje martwych. Wtedy, jeszcze żywa, trafiła do nas jedna z ofiar. Nazywała się Alicia Cooper i miała osiem lat. Inni chirurdzy byli zajęci, kolejny byli ściągani do pracy, a ja niefortunnie byłem ostatnim wolnym. Nigdy wcześniej nie przeprowadzałem tak poważnego zabiegu, nawet przy takim nie asystowałem, a wtedy poza mną i paroma pielęgniarkami nie było tam nikogo, kto mógłby jej pomóc. Z zewnątrz to nawet nie wyglądało najgorzej, ale okazało się, że ilość obrażeń wewnętrznych była przytłaczająca. Nie wiem, czy ktoś inny byłby w stanie ją uratowań, ale ja mimo godzin prób nie byłem do tego zdolny. W końcu przegrałem walkę ze śmiercią i musiałem przekazać złe wieści jej rodzinie. Matka rozpłakała się, ale ojciec milczał i spojrzał na mnie tak, jakby to była moja wina. Jakbym nie próbował jej pomóc… Nigdy więcej nie chciałbym poczuć się tak jak wtedy, jak morderca, dlatego zawsze daję z siebie wszystko, ale zawsze też boję się, że to się powtórzy.
Jake przekrzywił lekko głowę i wbił we mnie swoje bystre oczy. Nie mogłem się ruszyć pod jego spojrzeniem – wtedy te nadmierne reakcje zwaliłem na alkohol. Chłopak uśmiechnął się i wyciągnął dłoń, żeby dotknąć mojego policzka. Wiedziałem, że dawał mi wtedy chwilę do ucieczki, ale nie miałem w sobie wystarczająco siły. Wręcz przeciwnie, część mnie chciała, aby ta delikatna dłoń nie przestawała mnie dotykać.

Jake wspiął się na kolana, a potem pochylił się w moją stronę i złożył na moich ustach pocałunek. Wiedziałem, że powinienem go odepchnął – tak byłoby najlepiej i najwłaściwiej, ale nie potrafiłem się na to zdobyć. Wszelki rozsądek mnie opuścił, a ja rozchyliłem wargi, pozwalając spleść się naszym językom. Smakował winem i czymś słodkim, czego nie mogłem zidentyfikować – zresztą nawet nie miałem zamiaru. Chciałem jak najbardziej skupić się na tym momencie, gdy obejmował mnie za szyję i leniwie całował, jakby to co robiliśmy nie było złe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz