5. Gabriel
JA: Użyczysz
mi swojego wzroku?
JAKE: Oślepłeś?!?!
Gabie, jak teraz będziesz ludziom zszywał jelita?
JA: Nie.
Z moimi oczami wszystko ok, ale muszę kupić sobie garnitur.
JAKE: A
więc chcesz mnie wykorzystać??? Jesteś okrutny.
JA: Nic
na to nie poradzę. Chirurdzy to podobno dranie bez serca. Miałem z tego nawet
praktyki.
JAKE: I
to jest przydatna w życiu umiejętność, a nie jakieś tak sinusy… Ej, czy twa
najdroższa wspominała, co będzie na klasówce?
JA: To
zależy. Wiesz, pamięć już nie ta.
JAKE: Czego
chcesz?
JA: Pójdziesz
ze mną po garnitur.
JAKE: I
tak bym poszedł. Nie pozwolę ci wystąpić w twoich codziennych łachach na ślubie
mojej ukochanej nauczycielki.
JA: Ja
też biorę ślub -_-
JAKE: To
szczegół… No to jakie będą te pytania?
JA: Nie
wiem nic konkretnego, ale mówiła coś o tym, że ma to być kalka z powtórzenia.
JAKE: Yaaas!
Kocham cię, Gabie!
-Piszesz z Jake’em? – spytała Anne.
-Skąd ten pomysł?
-Zawsze się uśmiechasz, gdy esemesujecie –
odparła. – To miłe, że tak dobrze się dogadujecie. No i Jake’owi przyda się
przyjaciel.
Jake miał już swoich przyjaciół. O wiele
gorsze było to, że to ja potrzebowałem Jake’a. Od kiedy wyszedł ze szpitala
minął miesiąc, a ja naprawdę się do dzieciaka przywiązałem – on sam zresztą za
mną biegał. Prosił o pomoc z biologią, chciał, żebym woził go w miejsca, gdzie
robił kolejne zdjęcia, a czasem dzwonił w środku nocy… Zazwyczaj był wtedy
wystraszony, upierał się nie pójdzie więcej do szkoły. Ludzie tam go
przerażali, odbierali mu radość z tych młodzieńczych lat i to mnie przypadła
rola jego powiernika. Przekonywałem go o tym, by walczył o swoje marzenia, a
czasem wręcz zmuszałem, by pojechał do szkoły.
Przez ten czas zdążyłem go poznać, polubić
i uzależnić od niego. Ilekroć mnie dotykał, moje ciało napinało się, a na
skórze pojawiała się gęsia skórka. Moje serce biło szybciej. Nie mogłem
doczekać się kolejnych takich momentów – kolejnych dotknięć, telefonów,
przejażdżek… Wiedziałem, że to szło w złym kierunku, a mimo to brnąłem dalej.
-Pomoże mi z garniturem. Ma lepszy gust
niż ja – powiedziałem.
-Każdy ma lepszy gust.
-Też racja – zgodziłem się. – A ty jakie
masz plany na dziś?
-Nic nadzwyczajnego. Muszę zmusić moich
niesfornych braci do kupna przyzwoitego stroju. Wiesz jak to z nimi jest.
Wiedziałem aż za dobrze. Byli dwojgiem
dorosłych facetów z IQ ameby, działali pod wpływem emocji i niestety byli
cholerykami. Łatwo było ich zdenerwować i jeszcze łatwiej oberwać – oboje mieli
wyroki w zawieszeniu za pobicie. To ostatnie osoby, które zmuszałbym do
porzucania ich wygodnych dresów i ubierania fraków – na całe szczęścia młodsza
siostra była dla nich świętością, więc dla niej poszliby nawet w sukienkach.
Pewnie by jeszcze zapytali jaki kolor szpilek mają do nich ubrać.
Ja za samą sugestię oberwałbym w mordę.
Przez to wszystko czułem, że wesele będzie
naprawdę ciekawe.
Wybór garnituru poszedł dość szybko – i to
dzięki Jake’owi, który nie dał sobie wcisnąć kitu sprzedawców i doskonale
wiedział czego szukamy. Miał w oczach miarkę, więc oszczędziliśmy czasu na
upewnianiu się, że XL to naprawdę XL, a nie ktoś stroi sobie żarty i tak
naprawdę chciał, żebym spędził kwadrans wciskając się w za małe spodnie, bo tak
naprawdę to M. Na samym końcu swych zakupowych cudów wyczarował mi zniżkę i
zadowolony z siebie oznajmił, że wykonał kawał dobrej roboty.
-W nagrodę oczekuję kolacji w jakieś super
restauracji – oznajmił.
-Nie stać mnie na to, ale możemy zamówić
pizzę i kupić wino.
Nie oponował, a ja nie mogłem powstrzymać
ekscytacji na myśl o wspólnym wieczorze. Jake miał w sobie coś takiego, że
sprawiał, że zawsze czułem się przy nim swobodnie. Zazwyczaj krępowałem się
przy innych – nawet przy Anne – ale przy nim czułem się rozluźniony i
zadowolony z życia.
-Pizza też brzmi okej, a nawet lepiej.
Kawiorem objem się na twoim weselu.
-Skąd pomysł, że będzie tam kawior? –
zdziwiłem się.
-Słyszałem jak Anne chciała to wybić z
głowy twojej mamie, ale mocno jej nie wyszło.
Wywróciłem oczami.
-Może w ogóle nie powinienem się zjawiać
na tym ślubie? Tak, żeby pokrzyżować tej babie szyki.
-Naprawdę nie lubisz swojej mamy, co?
-Pałam do niej głęboką niechęcią –
przyznałem i otworzyłem drzwi mojego auta. Wpakowaliśmy się do środka.
-Ale dlaczego? Jest nadgorliwa, ale wydaje
się miła.
-Możliwe, że przez tę nadgorliwość…
-Ja sobie nie wyobrażam tego, że mógłbym
nie mieć z mamą dobrych relacji. Przez to, że tata od nas odszedł, to nie mam
nikogo poza nią.
-Kiedy odszedł twój ojciec? – spytałem,
wjeżdżając na ruchliwą ulicę.
-Kiedy miałem sześć lat. W zasadzie to się
z tego cieszę, bo poza kłótniami i strachem nie wniósł niczego do naszego
życia. – Jake roześmiał się. – Ten to dopiero dałby mi po dupie za bycie gejem.
-Wiesz, co się z nim teraz dzieje?
-Nie i kompletnie mnie to nie obchodzi. A
ty? Jacy są twoi rodzice, poza tym, że mama jest nadgorliwa.
-Sam nie wiem… Nie znam ojca. Odszedł od
nas jakiś rok po moich narodzinach, a mama jest jaka jest. Nadgorliwa i kochliwa.
Niepoprawna z niej romantyczka, co strasznie mnie denerwuje. Myśli, że miłość
to droga usłana różami. Poza tym co chwila przyprowadza do domu nowych facetów.
-Jak co chwila?
-Była dziesięć razy mężatką.
-Wow…
-Przez to mam też liczne rodzeństwo. Jest ich
sześcioro. Ten ostatni, Richard, dodał do tej puli jeszcze trójkę swoich
dzieci.
-Musieliście mieć wesoło w domu.
-Mnie to irytowało… Nie jestem towarzyskim
typem, więc większość czasu się przed nimi chowałem. Jedynie starsze siostry
znosiłem, bo pomagały mi się ukrywać.
-Dziwny z ciebie człowiek, Gabie. Taki
chłodny i beznamiętny. Pewnie przydaje ci się to w pracy.
-Niekoniecznie. Znaczy, rzeczywiście,
racjonalne rozumowanie to bardzo ważna rzecz u chirurga, możliwość odcięcia
uczuć, ale w gruncie rzeczy każda operacja jest dla mnie stresująca.
-Dlaczego w ogóle zostałeś chirurgiem?
Wzruszyłem ramionami.
-Chyba po to, żeby móc pomagać ludziom.
-Ale przecież za nimi nie przepadasz –
zauważył.
-Możliwe, ale większość czasu spędziłem w
szpitalu. Za dziecka naprawdę dużo chorowałem, obserwowałem życie szpitala,
lekarzy przy ich pracy, pielęgniarki… To ludzie, którzy wzbudzali mój podziw,
więc chciałem się do nich upodobnić.
-Nie wyglądasz na kogoś chorowitego.
-Mój stan w miarę się unormował, gdy
poszedłem na studia. Teraz w sumie jestem okazem zdrowia.
Jake uśmiechnął się.
-To dobrze – stwierdził. – Leżenie w
szpitalu jest do dupy.
-Nie mogę się nie zgodzić – przyznałem,
wbijając wzrok w drogę.
W domu zgodnie z planem zjedliśmy pizzę i
wypiliśmy wino (a w zasadzie cały jego zapas). Ja miałem wolne i zasłużyłem
sobie, a Jake i tak lubił alkohol – chociaż nie powinienem był mu pozwolić pić,
bo nie miał ukończonych dwudziestu jeden lat.
-Gabie – powiedział, opierając czoło o
moje ramię. Zerknąłem na niego i uśmiechnąłem się.
-No?
-Mówiłeś, że stresujesz się w pracy.
-Tak – przyznałem.
-Dlaczego?
-Ze strachu, że coś zrobię źle. Przy
prostych zabiegach tak tego nie czuć, ale czasem naprawdę jeden mój błąd może
zaważyć na ludzkim życiu… Jeszcze na studiach by mnie to nie obeszło, ale lata
później, nawet nie z mojej winy na stole operacyjnym zginęła dziewczynka. To ja
musiałem powiedzieć o tym jej rodzicom i chyba… Chyba nie ma nic gorszego niż
patrzeć na to, że zawiodłeś tych ludzi, że odebrałeś im to co kochali.
-Co dokładnie się stało? – wyprostował się
i przyjrzał mi się uważnie.
-No cóż, w mieście był ogromny wypadek.
Dwadzieścioro rannych i troje martwych. Wtedy, jeszcze żywa, trafiła do nas
jedna z ofiar. Nazywała się Alicia Cooper i miała osiem lat. Inni chirurdzy
byli zajęci, kolejny byli ściągani do pracy, a ja niefortunnie byłem ostatnim
wolnym. Nigdy wcześniej nie przeprowadzałem tak poważnego zabiegu, nawet przy
takim nie asystowałem, a wtedy poza mną i paroma pielęgniarkami nie było tam
nikogo, kto mógłby jej pomóc. Z zewnątrz to nawet nie wyglądało najgorzej, ale
okazało się, że ilość obrażeń wewnętrznych była przytłaczająca. Nie wiem, czy
ktoś inny byłby w stanie ją uratowań, ale ja mimo godzin prób nie byłem do tego
zdolny. W końcu przegrałem walkę ze śmiercią i musiałem przekazać złe wieści
jej rodzinie. Matka rozpłakała się, ale ojciec milczał i spojrzał na mnie tak,
jakby to była moja wina. Jakbym nie próbował jej pomóc… Nigdy więcej nie
chciałbym poczuć się tak jak wtedy, jak morderca, dlatego zawsze daję z siebie
wszystko, ale zawsze też boję się, że to się powtórzy.
Jake przekrzywił lekko głowę i wbił we
mnie swoje bystre oczy. Nie mogłem się ruszyć pod jego spojrzeniem – wtedy te
nadmierne reakcje zwaliłem na alkohol. Chłopak uśmiechnął się i wyciągnął dłoń,
żeby dotknąć mojego policzka. Wiedziałem, że dawał mi wtedy chwilę do ucieczki,
ale nie miałem w sobie wystarczająco siły. Wręcz przeciwnie, część mnie
chciała, aby ta delikatna dłoń nie przestawała mnie dotykać.
Jake wspiął się na kolana, a potem pochylił
się w moją stronę i złożył na moich ustach pocałunek. Wiedziałem, że powinienem
go odepchnął – tak byłoby najlepiej i najwłaściwiej, ale nie potrafiłem się na
to zdobyć. Wszelki rozsądek mnie opuścił, a ja rozchyliłem wargi, pozwalając
spleść się naszym językom. Smakował winem i czymś słodkim, czego nie mogłem
zidentyfikować – zresztą nawet nie miałem zamiaru. Chciałem jak najbardziej
skupić się na tym momencie, gdy obejmował mnie za szyję i leniwie całował,
jakby to co robiliśmy nie było złe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz