sobota, 27 maja 2017

Zakład - prolog

 Prolog


W zaśmieconym po całonocnej imprezie salonie na czarnej skórzanej kanapie spał rozwalony młody mężczyzna. Właśnie ten uroczy obrazek ujrzał James, który w myślach po raz kolejny mordował młodszego brata. Kiedyś dał słowo Cecilowi, że nie będzie się z nim cackał, a jak wiadomo obietnic należy dotrzymywać. Mężczyzna podszedł do kanapy i zrzucił, według budzonego brutalnie, młodszego brata na podłogę. Bez żadnych wyrzutów sumienia, a wręcz z satysfakcją. Cecil zajęczał z bólu i popatrzył na Jamesa wzrokiem zbitego psa.
-Za co?
-Mam wymieniać, czy wystarczy, że powiem „to co zawsze”?- James splótł ręce na piersi, rozglądając się z niesmakiem po pokoju.- Przypomnij mi proszę, jak to szło z tym przyjęciem.
-No przecież zaraz ktoś to posprząta. Wielkie mi halo.- Chłopak przewrócił oczami, powoli podnosząc się z podłogi.
-Nie o to pytałem.- Ostrzegawcze spojrzenie, było dla Cecila znakiem, że jeszcze trochę podenerwuje brata, a ten zakończy jego krótki żywot.
-No... No mówiłem, że...
-Że?
-To będzie kameralna impreza dla najbliższych przyjaciół i będziemy grzeczni.- W tym momencie czuł się jakby miał pięć lat, a nie dwadzieścia.
-Okej, czyli tak miało być, ale tak naprawdę...- Starszy z braci wymownie przerwał.
-Znaczy się na początku to faktycznie tak było, ale potem do chłopaków wpadli kumple i Marry zaprosiła koleżanki i no jakoś tak to wyszło...- Cecil próbował się kulawo tłumaczyć. James westchnął cierpiętniczo, rozpoczynając obchód pokoju w celu wstępnych oględzin. Kiedy znalazł wciąż wilgotne, czerwone stringi wesoło wiszące na ukochanej rzeźbie ich matki nie wiedział, czy lepiej się śmiać, czy rozpłakać. Wyciągnął z kiszeni spodni jedną z chusteczek, które jego narzeczona notorycznie mu wciskała. Jeszcze nigdy nie był jej za to tak wdzięczny. Tak opancerzony chwycił nieszczęsne stringi i rzucił je Cecilowi na kolana. Gdy zobaczył święte oburzenie na twarzy brata wpadł na szatański pomysł. „Jak nie prośbą, to groźbą. Cały czas powtarzasz swoją głupią śpiewkę, a nawet życia nie znasz gówniarzu. Biedniejszymi pomiatasz, bo twoim zdaniem nic robią, kiedy tak naprawdę to ty masz wszystko podstawione pod nos. Pieniądze, zabawki, wymarzone studia, a przecież dzieciństwo nie trwa wiecznie. Chyba czas wyciągnąć cię z tego kokonu bezpieczeństwa, póki jest szansa, że nie zostaniesz życiowym kaleką”.
-Cecil załóżmy się.- Młodszy z braci poczuł narastający niepokój. W końcu Jamse gardził nawet najmniejszymi zakładami.
-Czy ja się nie przesłyszałem?
-Nie, a teraz słuchaj bardzo uważnie. Masz ten cały bałagan posprzątać sam.
-Ale...
-Powiedziałem SAM! Będę na tyle miłosierny, że dam ci na to cały dzień.
-Dzień?- Cecil przełknął nerwowo ślinę. Co raz mniej mu się to podobało.
-Przyjadę równo o północy zobaczyć, czy ci się udało. Ostrzegam, nawet nie próbuj kombinować, bo pogorszysz swoją sytuację. To teraz najważniejsze, obstawiam, że nie dasz rady tego ogarnąć. Jeśli wygram pójdziesz do pracy, jak przeciętny obywatel. Posada na kasie w markecie, czy coś w tym stylu.
-A jeśli ja wygram?
-Po raz kolejny będę cię kryć przed rodzicami.- James wyciągnął dłoń do Cecila, którą ten uścisnął, wiedząc, że nie ma innego wyjścia. Przerażony wziął się za sprzątanie, jak tylko jego brat opuścił dom. Musiał zdążyć. Tyle wiedział. Jeśli przegra to zgodnie z umową o wszystkim dowiedzą się rodzice. Na samo wyobrażenie kłótni z nimi i odcięcie od kieszonkowego, chłopak był pewien, że zaraz dostanie zawału. Po za tym, nie można zapomnieć o podstawowej zasadzie, jaką on Cecil Traynor, syn pary bogatych i szanowanych biznesmenów wyznawał, a mianowicie „Zadawanie się z jakimiś bezwartościowymi ludźmi, którzy nie są nawet w pobliżu poziomu, jaki on reprezentował jest po prostu obrzydliwe i nie na miejscu”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz