Prolog
W zaśmieconym po całonocnej imprezie salonie na czarnej skórzanej
kanapie spał rozwalony młody mężczyzna. Właśnie ten uroczy
obrazek ujrzał James, który w myślach po raz kolejny mordował
młodszego brata. Kiedyś dał słowo Cecilowi, że nie będzie się
z nim cackał, a jak wiadomo obietnic należy dotrzymywać. Mężczyzna
podszedł do kanapy i zrzucił, według budzonego brutalnie,
młodszego brata na podłogę. Bez żadnych wyrzutów sumienia, a
wręcz z satysfakcją. Cecil zajęczał z bólu i popatrzył na
Jamesa wzrokiem zbitego psa.
-Za co?
-Mam wymieniać, czy wystarczy, że powiem „to co zawsze”?- James
splótł ręce na piersi, rozglądając się z niesmakiem po pokoju.-
Przypomnij mi proszę, jak to szło z tym przyjęciem.
-No przecież zaraz ktoś to posprząta. Wielkie mi halo.- Chłopak
przewrócił oczami, powoli podnosząc się z podłogi.
-Nie o to pytałem.- Ostrzegawcze spojrzenie, było dla Cecila
znakiem, że jeszcze trochę podenerwuje brata, a ten zakończy jego
krótki żywot.
-No... No mówiłem, że...
-Że?
-To będzie kameralna impreza dla najbliższych przyjaciół i
będziemy grzeczni.- W tym momencie czuł się jakby miał pięć
lat, a nie dwadzieścia.
-Okej, czyli tak miało być, ale tak naprawdę...- Starszy z braci
wymownie przerwał.
-Znaczy się na początku to faktycznie tak było, ale potem do
chłopaków wpadli kumple i Marry zaprosiła koleżanki i no jakoś
tak to wyszło...- Cecil próbował się kulawo tłumaczyć. James
westchnął cierpiętniczo, rozpoczynając obchód pokoju w celu
wstępnych oględzin. Kiedy znalazł wciąż wilgotne, czerwone
stringi wesoło wiszące na ukochanej rzeźbie ich matki nie
wiedział, czy lepiej się śmiać, czy rozpłakać. Wyciągnął z
kiszeni spodni jedną z chusteczek, które jego narzeczona
notorycznie mu wciskała. Jeszcze nigdy nie był jej za to tak
wdzięczny. Tak opancerzony chwycił nieszczęsne stringi i rzucił
je Cecilowi na kolana. Gdy zobaczył święte oburzenie na twarzy
brata wpadł na szatański pomysł. „Jak nie prośbą, to groźbą.
Cały czas powtarzasz swoją głupią śpiewkę, a nawet życia nie
znasz gówniarzu. Biedniejszymi pomiatasz, bo twoim zdaniem nic
robią, kiedy tak naprawdę to ty masz wszystko podstawione pod nos.
Pieniądze, zabawki, wymarzone studia, a przecież dzieciństwo nie
trwa wiecznie. Chyba czas wyciągnąć cię z tego kokonu
bezpieczeństwa, póki jest szansa, że nie zostaniesz życiowym
kaleką”.
-Cecil załóżmy się.- Młodszy z braci poczuł narastający
niepokój. W końcu Jamse gardził nawet najmniejszymi zakładami.
-Czy ja się nie przesłyszałem?
-Nie, a teraz słuchaj bardzo uważnie. Masz ten cały bałagan
posprzątać sam.
-Ale...
-Powiedziałem SAM! Będę na tyle miłosierny, że dam ci na to
cały dzień.
-Dzień?- Cecil przełknął nerwowo ślinę. Co raz mniej mu się to
podobało.
-Przyjadę równo o północy zobaczyć, czy ci się udało.
Ostrzegam, nawet nie próbuj kombinować, bo pogorszysz swoją
sytuację. To teraz najważniejsze, obstawiam, że nie dasz rady tego
ogarnąć. Jeśli wygram pójdziesz do pracy, jak przeciętny
obywatel. Posada na kasie w markecie, czy coś w tym stylu.
-A jeśli ja wygram?
-Po raz kolejny będę
cię kryć przed rodzicami.- James wyciągnął dłoń do Cecila,
którą ten uścisnął, wiedząc, że nie ma innego wyjścia.
Przerażony wziął się za sprzątanie, jak tylko jego brat opuścił
dom. Musiał zdążyć. Tyle wiedział. Jeśli przegra to zgodnie z
umową o wszystkim dowiedzą się rodzice. Na samo wyobrażenie
kłótni z nimi i odcięcie od kieszonkowego, chłopak był pewien,
że zaraz dostanie zawału. Po za tym, nie można zapomnieć o
podstawowej zasadzie, jaką on Cecil Traynor, syn pary bogatych i
szanowanych biznesmenów wyznawał, a mianowicie „Zadawanie się z
jakimiś bezwartościowymi ludźmi, którzy nie są nawet w pobliżu
poziomu, jaki on reprezentował jest po prostu obrzydliwe i nie na
miejscu”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz