środa, 1 lutego 2017

Gwiazda - Rozdział 1

*Notka od autora*
 Tak, wiem, ja zła... Zakładam bloga i nic nie wstawiam ;_; Ale tak jakoś wyszło, że... wenę miałam nie do tego co trzeba, a potem pogubiłam notatki... Przepraszam i postaram się poprawić. (Nie wiek jak druga autorka).
A teraz zapraszam na rozdział pierwszy go Gwiazdy
*Koniec notki*







1. Adam





-Jak zorientowałeś się, że jesteś gejem?
Louis, obecnie mój jedyny i najlepszy przyjaciel, zawsze zadawał takie pytania. Może niekoniecznie dotyczące mojej orientacji, ale lubił zaczynać rozmowę od dziwnych pytań. Dziś rano, na przykład, zagadnął mnie o to, czy zdaję sobie sprawę z tego, że kiedyś byłem plemnikiem i komórką jajową. Mimo takich dziwactw, to naprawdę miły z niego gość. Jest ode mnie rok starszy i studiował matematykę. Zawsze nosił tę samą parę spranych dżinsów, nigdy nie dopinał koszuli i podobał się dziewczynom, bo grał na gitarze i miał długie blond włosy.
-Hm… Jak? – powtórzyłem na głos. – Chyba w gimnazjum. Wtedy zacząłem podkochiwać się w moim koledze z ławki, a czemu pytasz?
-Ciekawość. A właśnie, w babskim akademiku jest dziś impreza. Idziesz?
-Hm… Mogę iść. Ktoś ciekawy się zjawi?
-Tylko ja będę godny uwagi.
Zaśmiałem się cicho i skinąłem głową.
-Spoko. Mogę iść.
-Super, to szykuj się.
-Ale teraz?
-Tak.
-Jest siedemnasta. Od kiedy imprezy zaczynają się o takiej porze?
-Bo nie zaczynają, ale skoczymy jeszcze do marketu, po wódkę.
-Brzmi dobrze. – Podniosłem się z mojego łóżka i obciągnąłem sweter. – Idziemy?
-Pytałbym, czy się nie przebierasz, ale przecież cię znam i wiem, że nie. – Louis sięgnął po portfel z biurka i kluczyki, które schował do kieszeni spodni i wyszczerzył się w uśmiechu. – Możemy iść. Chcesz prowadzić?
-Pewnie.
W sumie to bała taka nasza cicha umowa, że on mógł popić sobie wcześniej, za to ja mogłem pojeździć ulicami Londynu jego impalą. Wbrew pozorom uwielbiałem szybką jazdę, a już szczególnie nocą. Mógłbym nie robić nic innego, tylko zwiedzać nocą zakamarki Anglii z prędkością zabronioną prawnie.
-Zabijesz nas, któregoś dnia – stwierdził Louis, gdy przekroczyłem prędkość. – Czerwone, debilu!
Wcisnąłem hamulec z taką siłą, że prawie przebiłem podłogę w aucie i wybuchnąłem śmiechem. Louis twierdził, że mam dwa rodzaje psychiki. Jedna to miły i nieśmiały student literatury, który na co dzień zachowuje się niezwykle przykładnie. Druga objawia się, gdy wsiadam do auta i po prostu mam potrzebę prędkości, w związku z czym jestem gotów zabić mnie i pasażerów. To był główny powód, dlaczego nikt nie chciał ze mną jeździć – poza Louisem, który chyba dałby sobie obciąć lewe jądro za dodatkową godzinę picia wódki, no a kto mógł go szybciej dowieźć do monopolowego niż ja?
 Światło zmieniło się na zielone, więc szybko wcisnąłem gaz do dechy i z piskiem opon pojechałem do marketu. Na ostatniej prostej drogę zajechał mi jakiś sportowy wóz. Dopiero po chwili rozpoznałem, że to Noble M600 – jeden z najszybszych samochodów na świecie. Po drugiej połowie 2010 roku jego cena wynosiła 200 000 funtów – za to cacko, to ja był dał sobie uciąć… w sumie to wszystko. Pewnie nie przeżyłbym jazdy próbnej, ale do diabła, co by to była za jazda.
-Jeździsz jak ten świr z Taxi – stwierdził Louis, wychodząc z auta. – Ale i tak to lubię. Ogarnij gdzieś miejsce na parkingu, a ja skoczę po wódkę.
-Kup też mleko – poleciłem.
-Po chuj ci mleko?
-Do ozdoby. Ładnie w lodówce wygląda.
-Ha-ha-ha, no taki żartowniś. Pękam ze śmiechu.
-Leć już. Blokuję parking.
-A, jasne. Będę za kwadrans, max.
-Jasne.
Zatrzasnąłem za nim drzwi i powoli podjechałem na miejsce parkingowe obok auta moich marzeń. Akurat wysiadł z niego wysoki i postawny facet. Mnie przewyższał o trzy głowa – chociaż byłem knypkiem, to to i tak dużo. 
Ja opuściłem samochód Louisa niedługo potem, żeby móc podziwiać obiekt marzeń sennych. Po dość krótkiej chwili usłyszałem głos od strony Noble’a.
-Podoba ci się?
Szybko odszukałem źródło głosu i dojrzałem chłopaka od strony pasażera. Palił papierosa, którego trzymał między pełnymi wargami. To były najseksowniejsze usta jakie widziałem. Dolna warga była odrobinę większa od górnej. Włosy w kolorze ciemnego blondu miał odrobinę nastroszone. Przyglądał mi się zamglonym spojrzeniem zielonych oczu.
-Uhm… Tak. Zawsze chciałem się takim przejechać – wymamrotałem. Poczułem, że moje policzki zarumieniły się, gdy chłopak oblizał usta.
-Lubisz szybką jazdę? – spytał.
-Tak… Znaczy… Tak.
Zaśmiał się i przekrzywił lekko głowę.
-To naprawdę świetna zabawa – zapewnił.
-Tak… Domyślam się.
-Wsiadaj.
-C-Co?
-Wsiadaj. Przewieziesz mnie tym cudeńkiem.
-A-ale naprawdę mogę?
-Chyba to właśnie powiedziałem, prawda? Nie krępuj się.
-A twój kolega?
-To tylko szofer. No dalej, nie daj się prosić, słodziaku.
Rozejrzałem się niepewnie, a potem wsiadłem do auta. Zapiąłem pas i uruchomiłem silnik. Powoli wycofałem się z parkingu, wsłuchując się w dźwięk silnika. Ostrożnie wjechałem na główną drogę, a gdy zorientowałem się, że jest w miarę pusto, docisnąłem gaz. W jakieś dziesięć sekund osiągnęliśmy prędkość niemal dwustu kilometrów na godzinę. Jeszcze nigdy w życiu nie jechałem tak szybko, auta, które mijaliśmy stawały się tylko kolorowymi plamami w kącikach moich oczu.
-Nieźle, co? – zagadnął chłopak.
-Wspaniale – przyznałem.
-Nie wiem, czy cię to interesuje, ale jestem Gideon Wyne. A ty?
-Adam Kowalczyk.
-Ciekawe nazwisko. Zagraniczne?
-Polskie – potwierdziłem.
-Nie słychać u ciebie polskiego akcentu.
-Dzięki.
Zatrzymałem samochód, bo jakimś cudem dotarliśmy za miasto. Zaśmiałem się nerwowo i zerknąłem na Gideona.
-Przepraszam. Nie chciałem nas wywieźć tak daleko.
-Och, nie szkodzi. Nawet ciekawe widoczki, nie sądzisz. Miasta są o wiele ciekawsze nocą, nie uważasz?
-Racja. – Wyjrzałem przez okno i uśmiechnąłem się. – Widać gwiazdy.
-Gwiazdy są świetne. – Wskazał palcem na jeden ze zbiorów. – Widzisz tę konstelację? Na prawo od wielkiej niedźwiedzicy?
-Nie bardzo… Kiepski ze mnie obserwator.
-Na pewno nie tak zły jak uważasz. – Ujął moje policzki w dłonie i przekierował moją twarz w odpowiednim kierunku, a potem narysował w powietrzu odpowiedni kształt. – To konstelacja bliźniąt. Moja ulubiona.
-Mój znak zodiaku to bliźnięta – przyznałem.
-Niesamowity przypadek.
Miałem odpowiedzieć, że owszem, ale usta Gideona wylądowały na moich wargach. Zachłysnąłem się lekko powietrzem, bo nie do końca orientowałem się, co się dzieje. Rozumiałem, że całował mnie jakiś facet i całował naprawdę dobrze, ale w głowie szumiało mi tak bardzo, że potrzebowałem dłuższej chwili, żeby to sobie uświadomić.
-Przepraszam – szepnął, oblizując usta. – To ten nastrój.
-Nie szkodzi – wymamrotałem. – Nie przeszkadza mi to.
-Naprawdę?
-Mhm…
-Chcesz to zrobić jeszcze raz?
-Ja… Uhm… Tak.
Gideon zaśmiał się i przyciągnął mnie do siebie, łącząc nasze usta w pocałunku. Rozchyliłem wargi, wpuszczając do środka jego język. Przesunął nim po moim podniebieniu, co wywołało ciche jęknięcie u nas obojga. Jedną dłoń zanurzył w moich włosach, a drugą błądził pod moim błękitnym swetrem.
To była bardzo przyjemna chwila, ale niestety przerwana przez dzwonek telefonu. Zerknąłem na wyświetlacz.
Louis.
-Chłopak? – spytał zaciekawiony Gideon.
-Przyjaciel. Byliśmy na zakupach.
-Rozumiem. Oddzwoń do niego.
Skinąłem głową i już miałem wcisnąć POŁĄCZ, gdy na wyświetlaczu znów ukazał się numer Louisa. Odebrałem.
-Gdzie ty, kurwa, jesteś?
-Na przejażdżce.
-Na przejażdżce?! Kurwa, wziąłeś kluczyki, mam w chuj zakupów i dupa mi marznie, a ten dryblas, który prowadził tę diabelną maszynę, do której się ślinisz, gapi mi się w rów!
-Och!
-Ruszaj się, do diabła!
-Jasne, jasne…
-Czyżbyśmy musieli wracać? – spytał Gideon. Na jego ustach wciąż błąkał się uśmieszek.
-Niestety.
Wyciągnął papierosa z kieszeni i włożył między usta. Podpalił go i puścił mi oczko.
-Zaproponowałbym i tobie, ale wyglądasz na niepalącego – powiedział.
-Tak się złożyło – przyznałem. Wycofałem autem, żeby zawrócić i znów pognać główną drogą do marketu. Nie odzywaliśmy się z Gideonem, chociaż kątem oka widziałem, że mi się przyglądał. Popalał papierosa i uśmiechał się wpatrzony we mnie. Wyglądał na zadowolonego z siebie.
Zwolniłem przy wjeździe na parking. Zatrzymałem auto obok impali Louisa i odwróciłem się do Gideona gotowy, żeby podziękować mu za możliwość przejażdżki, ale on nie dał mi wypowiedzieć ani słowa. Pochylił się do mnie i pocałował. Oparłem się plecami o drzwiczki i spokojnie oddawałem pocałunek. Gideon wplótł palce w moje włosy i przyciągnął moją twarz bliżej swojej i to naprawdę by mi się podobało (bo chłopak całował wyśmienicie), gdyby nie to, że ktoś otworzył drzwi, a ja wyleciałem na ziemię. Uderzyłem głową tak mocno, że aż mnie zamroczyło. Niedługo potem ujrzałem nad sobą dryblasa, który wcześniej podróżował z Gideonem.
-Musimy to powtórzyć, słodziaku – powiedział blondyn i wypuścił dym z ust. Potem spojrzał znudzonym wzrokiem na dryblasa. – Szybciej, Michael. Ile mam na ciebie czekać, do diabła?

Ten nie odpowiedział. Zacisnął usta, szturchnął mnie butem przy wsiadaniu do auta, po czym zatrzasnął za sobą drzwi. Niespełna dwie sekundy potem samochód zniknął mi z oczu i zostałem na parkingu z zszokowanym Louisem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz