Uciekający Pan Młody - Rozdział 1

       1.   Jake





Zawsze miałem dobre kontakty z Anne, była jedyną nauczycielką matematyki, która potrafiła mnie czegoś nauczyć i jako jedyna miała do mnie anielską cierpliwość. Do tego gdy podczas jednej z wywiadówek poznała moją matkę, niemal weszła nam do rodziny.
Mimo to nie spodziewałem się, że zrobi to, co zrobiła.
-To co? – spytała. – Zrobisz to dla mnie?
-Hm… Jesteś pewna, że chcesz powierzyć mi takie zadanie? Wiesz, bycie drużbą, to jest jednak coś.
-Jestem pewna, Jake. Na sto procent. Mój chłopak niestety nie ma gustu.
-A jakieś koleżanki?
-Jake, ja nie mam koleżanek. Wszyscy z pięciuset gości to ludzie, których zaprosili nasi rodzice. Nie będę tam znać większości.
-To kto się hajta, ty czy twoja matka?
-Jesteś gotów im to wytłumaczyć?
Zaśmiałem się.
-Nie, nie jestem. Twoja matka mnie przeraża.
-Mnie też.
Opadłem na moje łóżko. Anne zajęła krzesło przy moim biurku uprzednio strąciwszy wszystkie moje graty na podłogę.
-Ej, tak szczerze, to z kim ty się umawiasz? – spytałem.
-Nie poznałeś Gabriela?
-Nope.
-Jest ode mnie rok starszy i pracuje w szpitalu.
-Jako?
-Chirurg.
-Hajtasz się z facetem, który babra się w ludzkich flakach? To ohydne. Pewnie wygląda jak psychopata.
-Nie, wcale nie.
-No weź, tylko psychopatów może kręcić taka robota. Jaki normalny człowiek chciałby babrać się w cudzych wnętrznościach? To chore!
-Jake, Gabriel nie jest psychopatą. To bardzo miły facet, a to że zarabia jako lekarz… Każdy zawód jest potrzebny, grabarzy nie posądzasz o zaburzenie psychiczne.
-A jakiś ci się oświadczył?
-To nawet nie do końca on, tylko jego matka?
-Jego matka ci się oświadczyła? To z kim w końcu bierzesz ślub?
-Z Gabrielem, ale jego matka zapytała o ślub, uznaliśmy, że to nie głupie i oto jestem tutaj i próbuję ci uświadomić, że mój narzeczony jest kompletnie normalny.
Westchnąłem.
-No dobra, niech będzie, że ci wierzę.
-No wielkie dzięki. – Wywróciła oczami. – Na jak głębokie dno się stoczyłam, że moim drużbą został uczeń liceum?
-Nie zapomnij dodać, że dwa razy zaliczałem szkołę letnią, mam bezsensowne hobby, sprawiam problemy i prawdopodobnie zechcę odbić ci faceta – dodałem z udawaną powagą, żartując z jej depresyjnego nastroju.
-Czepiasz się… Jake, obiecaj mi, że nie dopuścisz, żeby ten ślub był koszmarem zaplanowanym przez moją matką, bo przysięgam – powieszę się.
-A twój facet nie może tego załatwić? Gdzie on podział jaja? Przeszczepił je komuś?
-Tak, swojej matce. Te kobiety to smoki, zahartowane w latach bojów.
-Przysięgam ci, Anne, w życiu nie wyjdę za mąż. W życiu.
-Też tak mówiłam w twoim wieku.
-A byłem pewny, że byłaś jak każda inna nastolatka. Szukałaś swojej wymarzonej sukni ślubnej i w ogóle.
-A niby dlaczego miałoby tak być?
-Te seksowne zwykle tak mają – stwierdziłem, a Anne zdecydowanie do takich należała, chociaż była dość niepozorna. Miała gęste kasztanowe włosy o rudym połysku zakręcone w gęste grube spirale sięgające ramion, trochę jak u Joan Cusack. Często chodziła ubrana w bezkształtne swetry i dżinsy, nie malowała się, ale przez niski wzrost i wewnętrzny urok było słodka jak szczeniaczek, dlatego faceci mogli uznawać ją za seksowną.
-A skąd możesz wiedzieć, że jestem seksowna?
-Do diabła, Anne, a jak ty patrzysz na jakąś kobietę, to też potrafisz określić, czy jest ładna, czy nie, prawda? Jestem gejem, nie niewidomym!
Moja przyjaciółka speszyła się lekko. Przygryzła dolną wargę i skinęła głową.
-Wybacz. W ogóle o tym, nie pomyślałam.
-Spoko.
Anne zerknęła na zegarek wiszący nad moim łóżkiem.
-Muszę się zbierać – powiedziała. – To jak, mogę na ciebie liczyć, Jake?
-Jasne – zgodziłem się.
-I może wpadniesz dziś do nas na obiad? – zaproponowała. – Poznasz w końcu Gabriela. Zaprosimy też jego drużbę i wszyscy będziemy mogli się poznać.
-A ty znasz jego drużbę?
-Wymieniłam z nim kilka przywitań, gdy odwiedziłam Gabriela na dyżurze.
Pokręciłem głową.
-Dziwacy z was. Jak można nie znać przyjaciół swojego partnera tuż przed ślubem?
-To dość specyficzny związek – odparła. Podniosła się z krzesła. – Bądź o czwartej, dobra? I ogarnij ten syf w pokoju. To pole minowe, nie sypialnia.
-Zobaczę, co da się zrobić. – W wolnym tłumaczeniu, po moim trupie, złotko.
Anne wyszła. Słyszałem jeszcze, jak żegnała się z moją mamą, a potem trzasnęły drzwi – zawsze trzaskały, tak na marginesie. Mieszkaliśmy w okropnej klitce, gdzie okien lepiej nie otwierać, bo mogą się nie zamknąć, a drzwi zacinały się, kiedy chciały albo przeprowadzały bunt podobny oknom. Dobrze chociaż, że nie mieszkaliśmy na samej górze – przynajmniej sufit nie przeciekał przy każdym lżejszym deszczyku.
Sięgnąłem po mój telefon. Musiałem pochwalić się wszystkim mojej przyjaciółce, Katie. W szkole tylko ona mnie znosiła. Jakoś poza tym przeklętym budynkiem pełnym homofobów (a ponoć mieszkam w kraju tolerancyjnym) łatwiej było mi znaleźć kolegów. I nie przesadzam ani trochę. Ci ludzie tam to jakieś cholerne potwory – jasne, zdarzało się wszędzie, że jakieś osiłki szturchnęły kogoś albo dochodziło do bójek, ale na Boga, nie było dnia, żebym na jakieś przerwie nie oberwał w łeb, nie zepchnięto mnie po schodach lub nie nazwano pedałem. Po pewnym czasie nawet trener zaczął nazywać mnie pizdusiem, więc ja przestałem zjawiać się w szkole. Trafiłem na o wiele ciekawsze towarzystwo i nawet jeśli przez nich po jednych z libacji alkoholowych obudziłem się z fioletowo-niebieskim tatuażem lilii na szyi to trudno. Uwielbiałem też tatuaż, jak zresztą każdy kolejny, który zdobił moje ciało. I tak nie było ich wiele – moje imię na stopie, różowy struś na pośladku i jaskółka otoczona różami, bo… w sumie to jaskółka wzięła się stąd, że chciałem być piratem, ale jak ja wytrzasnąłem te róże?
Nieważne, morał z tej historii miał być tak, że w liceum tolerancja to gówno prawda.
Kliknąłem w telefonie ikonkę z dymkiem, który przypominał mi te z komiksów z gazet z programem telewizyjnym i na wyświetlaczu pojawiła się klawiatura i wybór kontaktów. Kliknąłem w RUDA MYSZ, chociaż Katie ani nie przypominała myszy, ani nie była ruda.

JA: Yo, zgadnij, kto dziś przeżył szok życia!
RUDA MYSZ: Ty
JA: Otóż to!
RUDA MYSZ: Powiesz, co się stało, czy dalej będziesz mi działam na nerwy?
JA: Anne się hajta!!!
RUDA MYSZ: Babka od matmy?
JA: Yup :D
RUDA MYSZ: Gdzie znalazła takiego desperata?
JA: Spierdalaj, Anne jest zajebista.
RUDA MYSZ: Wiem, wiem… No to z kim?
JA: Wiem, że nazywa się Gabriel, są razem 5 lat i on jest chirurgiem
RUDA MYSZ: Przystojny chociaż?
JA: Jeszcze nie wiem, ale się dowiem.
RUDA MYSZ: Jak?
JA: Anne chce, żebym był jej drużbą i wypadałoby, żebym poznał jej faceta, no nie? Dlatego dziś o 16 mam być u nich na obiadku. Rozumiesz to? Wpieprzę się jej w ślub, będę miał obowiązek przelecieć drużbę pana młodego i jeszcze dostanę od nich jeść.
RUDA MYSZ: Ej, ja nie wiedziałam, że karmią w tej robocie! Czy drużba nie powinien mieć asystentki?
JA: Nie kojarzę takich bonusów.
RUDA MYSZ: Cholerka! Daj znać, jak coś się zmieni.
JA: Jasne ;)
RUDA MYSZ: Ale serio? Nie wkręcasz mnie i ona ma faceta na poważnie?
JA: Yup.
RUDA MYSZ: Wow
JA: Ale myśl pozytywnie. Jest dla nas szansa. Może nie skończymy jako kawaler i panna na zawsze.
RUDA MYSZ: Jasne, wmawiaj sobie. Też lubię tak czasem pomarzyć.
JA: No co? Wyglądam nawet znośnie, nie?
RUDA MYSZ: Ale jesteś wkurwiający.
JA: Dzięki -_-
RUDA MYSZ: Proszę :) W ogóle to chcę relacji na żywo, jasne?
JA: Masz jak w banku, złotko.
RUDA MYSZ: No :D

-Jake, obiad! – zawołała mama z kuchni. Rzuciłem telefon na łóżko i jak strzała pognałem ku rodzicielce. Czasem dziwiło mnie jakim cudem moja waga mieściła się w normie, jeżeli potrafiłem jeść dwadzieścia cztery godziny na dobę.
-JEDZENIE!!! – zawołałem u progu, unosząc pięści w górę.
Mama zaśmiała się ciepło. Szczerze mówiąc, to kochałem moją matkę – naprawdę. I cieszyłem się, że jestem do niej tak bardzo podobny – mieliśmy tak samo zadarte nosy, identyczny kształt ust, czarne włosy i zielone oczy. Można ją było wziąć za moją siostrę, gdyby nie zmęczenie i oznaki ciężkiej pracy, które wyryły się na jej twarzy, która była piękna w młodości.
Niestety, związek z moim ojcem, który nie wniósł do jej życia nic poza siniakami, złamaną ręką, mną (od ojca dostałem pieszczotliwy przydomek zakały rodziny), nie był najlepszym pomysłem. Gdy miałem sześć lat ojciec olał sprawę, zwinął się i tyle go widzieliśmy. Mama została ze mną sama i jak każda baba z jajami zakasała rękawy i poszła do roboty, żeby utrzymać moją skromną osobę.
-Pomóc w czymś? – spytałem.
-Mógłbyś pójść do szkoły – zaproponowała. – Skończyć studia, pójść do pracy i dorzucić się do czynszu.
-Mamo – jęknąłem.
-Jake.
-A nie mogę uczyć się w domu?
-Nie.
-Proszę.
-Jake.
-Dobra. Dostanę jeść?
-A pójdziesz w poniedziałek do szkoły?
-A co ty się dziś taka cięta zrobiła? Anne ci coś nagadała?
-Nie. Dyrektor dzwonił. Miesiąc, Jake. Miesiąc się tam nie zjawiłeś.
-Bo ty nie rozumiesz…
-Rozumiem, Jake. – Mama postawiła przede mną talerz gorącej zupy. – I wciąż nie rozumiem, dlaczego uciekasz, zamiast coś z tym zrobić.
-A co my możemy zrobić?
-Iść do dyrektora, a nawet na policję.
-Mamo…
-Jake, do tej pory szanowałam twoją wolę, żeby zostawić to w spokoju, bo nie było tragicznie i miałeś całkiem dobre wyniki w szkole, ale teraz… Od początku roku tylko raz byłeś w szkole.
-Wiem, mamo. Przepraszam. Poprawię się.
-Jeżeli to się nie uspokoi, idę na policję i nie obchodzi mnie, że tobie się to nie podoba jasne?
-Jasne.
-No, to teraz jedz.
Klasnąłem w dłonie. Jedzonko!

Tuż przed trzecią uznałem, że należy się wyszykować do Anne, co było trudne. Zwykle nie miałem problemu z dobraniem stroju, ale tym razem kiepsko mi szło. Nie miałem bladego pojęcia, co na siebie ubrać. Ponoć miał być tam też drużba Gabriela i mieliśmy się poznać, ale do diabła, nie miałem pojęcia, czy może raczej ubrać się oficjalnie, a może lepiej postawić na luz?
I tak, kurde, przez dobrą godzinę, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że jestem prawie spóźniony, więc wciągnąłem szybko spodnie, a koszulę zapinałem w biegu. Potem musiałem się wrócić, bo jak idiota zapomniałem butów.
Potem jak na złość spóźniłem się na autobus miejski i musiałem jechać tym, który miał stację pół kilometra przed domem Anne, bo kolejny był dopiero za godzinę, więc resztę drogi przebyłem biegiem. Spociłem się jak mops, a że nigdy nie miałem najlepszej kondycji, to wbiegając na drugie piętro, byłem tak zziajany, że bałem się, że wypluję płuca.

Podsumowując, gdy stanąłem pod drzwiami mieszkania Anne, pod pachami na mojej koszuli były ogromne plamy potu, krople wspomnianej substancji spływały mi po czole na oczy, a płuca chciały wydostać się gardłem na zewnątrz. Na wpół przytomny ze stresu i zmęczenia zapukałem do drzwi, a otworzył mi najprzystojniejszy facet na Ziemii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz