Prolog
Sama decyzja o ślubie nie należała ani do
mnie, ani do mojej dziewczyny – Anne. Nie myśleliśmy nawet nad tym, chociaż
byliśmy parą z pięcioletnim stażem. Wszystko zaaranżowała moja nadgorliwa
matka, która wręcz nie mogła doczekać się wesela, dobierania gości i szukania
odpowiedniego kościoła. Kochała śluby tak bardzo, że mnie na jej miejscu
zbrzydłoby to – tak na marginesie moja matka była dziesięciokrotnie zamężna, z
czego trzy razy z moim ojcem. Ich historia miłosna zakończyła się rok po moich
narodzinach i tyle go widziałem. Wtedy miałem już dwie siostry od innych ojców
– Lucy i Megan, bliźniaczki cztery lata starsze, nie polecam z nimi zadzierać.
Jakiś rok później mama związała się z jeszcze innym facetem i tak narodził się
mój pierwszy młodszy brat – Oliver, potem byli jeszcze inni faceci, którzy
zostawili po sobie papiery rozwodowe, część majątku należną z intercyzy,
alimenty oraz Caroline, Benedicta i Michaela. Teraz upolowała sobie kolejnego, chyba
takiego na stałe, który poza pokaźnym majątkiem dodał do naszego życia swoich
synów – Luke’a i Willa, oraz najmłodszą córkę, Rose. Tak czy inaczej,
postanowili poczekać ze ślubem jeszcze jakiś czas.
Patrząc na ich miłosne podboje nawet
obawiałem się małżeństwa, więc zdziwiłem się lekko, gdy matka podczas obiadu
zapytała nas o ślub.
-A wy? Zamierzacie założyć w końcu
rodzinę? Nie mogę się doczekać wnuków.
-Ale… ślub? – zająknęła się Anne. Ja sam
przełknąłem szybko to, co miałem w ustach i spojrzałem na matkę.
-Jesteście razem już długo – zauważyła
mama. – Chyba najwyższa pora, nie sądzicie?
Potarłem dłonią kark i zerknąłem na Anne.
-Co o tym myślisz? – spytałem.
-Nawet nie głupi pomysł. Matka w końcu
odetchnie z ulgą. Zawsze chciała mieć chirurga w rodzinie.
-Okej.
Mama skrzyżowała ramiona na piersi.
Przyglądała mi się przez moment, jakby liczyła na to, że jeszcze uklęknę na
kolano i nałożę na palec Anne pierścionek, ale my nie byliśmy jedną z tych
romantycznych par, po prostu było nam razem wygodnie i tyle. Ja byłem
zapracowanym chirurgiem, ona miała obsesję na punkcie swoich uczniów – nikt
inny nie był w stanie z nami wytrzymać, a ślub był tylko… jak skok poziomu w
Pacmanie – nazwa się zmienia, a plansza ta sama.
I tak mogłoby pozostać, miałbym całkiem
proste życie, ale poznałem kogoś, kto sprawił, że to przestało mi wystarczać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz